Wiem, że masz matkę. Zastanów się, czy na pewno tylko jedną?

Nie urodziła ani jednego dziecka, a mimo to została najsłynniejszą matką XX wieku. Matka Teresa udowodniła, że być matką to znaczy kochać. Dlatego właśnie tak ją tytułowano.

Pamiętam tego chłopczyka. Miał nieco ponad roczek i dużego guza na główce. Podobno guzów było więcej. Leżał grzecznie w szpitalnym łóżeczku. Nie płakał, choć otaczająca go plątanina rurek wyglądała złowrogo. Nakryty kołderką. Patrzył w sufit i ssał smoczek, który był jedyną rozrywką w szpitalnej monotonii. Nie miał grzechotki, zabawki, pieluszki… Nic. Cały jego dobytek to maleńka reklamówka z ubrankami. Pięć ostatnich pampersów. Tyle. Rodzina? Wypisała się z jego życia, gdy tylko zaczął chorować. Nie miał nikogo. Żal było patrzeć. Aż bolało! Przytulałam mocno moją chorą Córeczkę. Jego nie przytulał nikt.

No prawie nikt… Raz po raz zaglądała się do niego pewna pielęgniarka. Trzymała go za rączkę. Głaskała po buzi. Nigdy nie brała go ręce. Każdą wolną minutę wykorzystywała by do niego zajrzeć. Kiedyś zauważyłam, że została przy nim, choć już dawno była po pracy. Przyłapana na tym, że siedzi przy dziecku bez służbowego fartucha, zaczęła się tłumaczyć.
– Rano ma operację. Nic nie jadł. Nie może pić. Nie może zasnąć – streściła pokrótce jak się sprawy mają. Skończyła właśnie 12 godzinny dyżur i zamiast iść do domu czuwała przy szpitalnej sierotce.
– Pani też powinna odpocząć – stwierdziłam i w tej samej chwili twarz malucha wykrzywił spazm bólu i rozpaczy. Wydawało się, że zaraz zacznie krzyczeć. Wtedy pielęgniarka pogłaskała go po pleckach, coś tam zamruczała nad uszkiem i buzia malucha znów zastygła w niemym bezruchu. Zaczął cierpliwie ciągnąć smoczek. W końcu zasnął.
– Niesamowite! Czarodziejka. Musi być pani cudowną matką – westchnęłam zdumiona.

I wtedy to zobaczyłam. Czarną rozpacz jej w oczach.
– Niestety. Nie jestem matką. Nie mam dzieci – wyszeptała.
Zapadła niezręczna cisza.
Nie wiem, co mnie podkusiło, wypaliłam tylko: – A wie pani, że najsłynniejsza matka świata nie urodziła ani jednego dziecka? Matka Teresa też troszczyła się o cudze dzieci. Oczywiście, że jest pani matką. I to najlepszą – spontanicznie stwierdziłam i czym prędzej zwiałam do mojej śpiącej Córeczki.

Spotkałam ją dopiero kilka dni później. Przyszła odłączyć kroplówkę mojej Małej. Oczy jej się szkliły, głos się łamał…
– Dziękuję. Dziękuję, za to co mi Pani wtedy powiedziała – wyszeptała. Więcej jej nie spotkałam.

Minęły już trzy lata, a ja w każdy Dzień Matki o tej kobiecie sobie przypominam. Czy została dziś znowu po pracy, by w szpitalnej pustce dać jakiemuś maleństwu trochę ciepła? Czy ktoś szepnie jej choć jedno miłe słowo?

Wierszyki, piosenki, laurki… dzieci biegną do matek. Dorośli kupują czekoladki i kwiaty, by podziękować rodzicielkom za dar życia. Czasem te kwiaty niosą na grób ze wspomnieniami. Słodko jest, miło. A mnie zawsze na myśl przychodzą te kobiety, które nie doświadczyły daru macierzyństwa, rozumianego jako posiadanie własnego potomstwa.

Przecież też kochają! Z troską i ciepłem pochylają się nad drugim człowiekiem. Oddają swój czas dla innych. Wspierają, podpowiadają, chronią. Pomagają młodym odkryć świat. Miłość przepełnia ich serce i to serce oddają innym. Wykorzystują pełnię kobiecości do szerzenia macierzyńskiej miłości, mimo że nie dane im było wydać dziecka na świat. Nie oczekują w zamian nic! Ani kwiatka, ani laurki… ani nawet dobrego słowa. Czasem poświęcają więcej niż niejedna matka.

Dziękuje im niewielu. Jedną z takich osób był św. Jan Paweł II, który w “Liście do kobiet” w 1995 roku tak pisał: “Chciałbym w związku z tym wyrazić szczególną wdzięczność kobietom, które trudzą się w różnych dziedzinach wychowania: w przedszkolach, szkołach, uniwersytetach, domach opieki, parafiach, stowarzyszeniach i ruchach. Wszędzie tam, gdzie potrzebna jest praca formacyjna, kobiety wykazują ogromną gotowość do poświęcania się, szczególnie na rzecz najsłabszych i bezbronnych. Poprzez taką służbę urzeczywistniają one tę formę macierzyństwa afektywnego, kulturowego i duchowego, które ze względu na wpływ jaki wywiera na rozwój osoby oraz na przyszłość społeczeństwa, ma nieocenioną wartość”.
Macierzyństwo. Czyż nie jest kwintesencją “geniuszu kobiety”, o którym pisał święty?

Przyznaję, że i ja mam swoje własne laurki na półkach. Czwórkę dzieci. Pewnie mnie dziś wyściskają. Bardzo będzie mi miło. Pamiętam jednak, że nie tylko one mówiły do mnie mamo. Trochę komuś pomogłam. Coś podpowiedziałam. Zadzwoniłam w chorobie. Zapytałam o plany na przyszłość. Wystarczyło, by pół żartem, pół serio nazwać mnie “mamą”. Powiedzieć: “byłaś dla mnie jak matka”. Wykrzyczeć na żarty “o matko!”, gdy wymagałam zbyt wiele. Wiecie, że to szalenie miłe?! I daje kopa do kolejnych “macierzyńskich” wyzwań. Stuprocentowo!

Pomyśl więc dziś nie tylko o Matce, która Cię urodziła.
Czy przypadkiem nie jesteś winny wdzięczność innej kobiecie? Ukształtowała Cię, pielęgnowała, chroniła w trudnych chwilach, wskazała Ci kierunek życia, którym szczęśliwie żeglujesz po dziś dzień? Może to starsza koleżanka z pracy, nauczycielka, pielęgniarka, sąsiadka, katechetka, ukochana ciocia, czy nawet szefowa? Może swoje dzieci oddajesz niani, którą kochają tak, że aż żal Ci serce ściska? Może sam masz w pamięci opiekunkę, która w zastępstwie mamy pokazała Ci świat?

Kimkolwiek jest, jeśli była dla Ciebie choć przez chwilę jak matka, wykorzystaj ten dzień, by powiedzieć jej dziękuję i słać serdeczności.

Może Twoje życzenia będą jedynymi, które dzisiaj otrzyma?

No dalej… przypomnij ją sobie i działaj! Zadzwoń.

Co Ci szkodzi?
Ryzykujesz najwyżej w jej oczach łzę wzruszenia.

Lidia Góralewicz

Źródło cytatu: https://opoka.org.pl/biblioteka/W/WP/jan_pawel_ii/listy/pekin_29061995.html

/fot. Dailymail.co.uk/

Lidia Góralewicz – wiek 41+. Z powołania: żona i matka. Z wyznania: katoliczka. Z zawodu: urzędniczka. Z zamiłowania: książkoholiczka. Z wyglądu: pospolita. Z charakteru: choleryczka. Z diagnozy: hashimotka (i ta lista będzie zapewne rozwijana). Z adresu: prowincjuszka. Z narodowości: Polka. Felietonistka w portalu Polki.pl, blogerka w Retromatka oraz autorka książki „Ważna droga od Bozi, do Boga”.

Przeczytaj też: http://coachingwspodnicy.pl/lidia-goralewicz-babciu-chrzan-wszystkie-dobre-rady/