DSC00456 out

Karolina Szostak: stworzyłam nową, lepszą wersję siebie

Skończyłam czterdzieści lat i już od dobrych dwóch dekad walczę ze swoją wagą. Od dwudziestu lat ciągle myślę o kaloriach, kiedy patrzę na przypieczone udko kurczaka i chrupiącą bułeczkę z masłem orzechowym. Mierzę ją wzrokiem, jak swoje pośladki w obcisłych dżinsach, i zastanawiam się, czy mogę… Czy mogę skubnąć jej odrobinę, oderwać pachnącą skórkę i zamoczyć ją w ulubionej oliwie? Albo pół nocy nawijać na widelec oryginalne włoskie spaghetti aglio olio posypane parmezanem i śmiać się przy tym z przyjaciółmi, jak Włosi mają w zwyczaju? Sophia Loren przyrzeka, że można, ale czy chuda aktorka jest w tej kwestii autorytetem?

Ja chuda nigdy nie byłam. Już w liceum bliżej mi było do klepsydry niż do dziewczyn, które miały figury modelek. Ale wolałam być sobą… od zawsze. To zasługa mojej kochanej mamy (uwielbiam zwracać się do niej „mamcia”), która góry przeniosła i morze wykopała, by jej jedyne dziecko wyrosło na pewną i kochającą siebie kobietę. Takie rzeczy wynosi się z domu, to wiem na pewno. Ja z mojego rodzinnego, poza lampą i ulubionym kubkiem do kawy, wyniosłam wiarę w siebie i pewność, że choćby nie wiem, co się działo, i tak będzie dobrze. Właściwie przez całe moje dziecięce życie byłyśmy z mamą najlepszymi przyjaciółkami. Tylko my, dwie blondynki z głowami pełnymi marzeń i planów. I nawet po rozwodzie ona tak to nasze życie poskładała i przemeblowała, że wszystko zaczęło się spełniać.

Mama dbała także o moją dietę. Razem wiele razy się odchudzałyśmy, testowałyśmy wszystkie możliwe cuda na rynku, miałyśmy nawet przygodę z niemieckimi koktajlami załatwianymi przez Krewnych i Znajomych Królika. Efekty tych diet na początku były zadowalające. Szybki ubytek masy ciała, błyskawiczny efekt wow, satysfakcja, że panuję nad wszystkim, a potem bolesny powrót do szarej rzeczywistości w rozmiarze 44. I tak w kółko. Czułam się jak chomik, który biegnie na kołowrotku, choć nawet i on już wie, że nigdzie nie dobiegnie. Gdybym nie pracowała w Polsacie i gdyby nie to, że w telewizji trzeba „wyglądać” (w końcu widać tam wszystko, plus telewizja dodaje pięć kilogramów), zapewne machnęłabym ręką i zjadała częściej swojego ulubionego śledzia w śmietanie albo pizzę, albo dobrze przyprawiony rosół na mięsie. (Należę do kobiet, które mając do wyboru stek czy czekoladę, zawsze wybiorą stek). Jednak od dwudziestu lat pracuję w branży medialnej. Kocham tę robotę bardziej niż jedzenie, dlatego raz na jakiś czas przymierzam moje spodnie – wyrocznię w rozmiarze 38 i sprawdzam, na ile jeszcze mogę sobie pozwolić. A jak wiadomo, smakoszki życia, koneserki soczystych chwil i miłośniczki kolacji, które kończą się nad ranem, kiedy ostatni gość trzaśnie drzwiami, nie znają umiaru. Dlatego moja masa ciała nieustannie się zmieniała. Rosła, kurczyła się i zdecydowanie nie tańczyła tak, jak jej zagrałam.

Do czterdziestki udawało mi się z tym żyć, ale krzesełko w metryce z przodu spowalnia metabolizm. Nagle to, co spalałam śmiechem i tańcem, żądało pójścia do siłowni. Pasek w spodniach przeskakiwał z dziurki na dziurkę od samego zapachu jedzenia, a bankiety i nieregularna praca wchodziły mi nie tylko w pięty, ale także w nogi, biodra, brzuch, na czubku nosa kończąc. Metabolizm ewidentnie zwolnił, do tego hormony ruszyły z kopyta i pierwszy raz w życiu przestałam panować nad wskazaniami wagi. Moje rubensowskie kształty, którymi zawsze się szczyciłam, zaczęły się rozmywać – przestałam w nich widzieć powód do dumy. Wtedy to zrozumiałam…

W pochmurny marcowy wtorek po raz kolejny zapukałam do drzwi Kasi Milczarkiewicz, mojego żywieniowego coacha, z błaganiem o pomoc. I tym razem również obie podniosłyśmy rękawice, które los rzucił nam pod nogi. Postanowiłyśmy raz na zawsze pozbyć się tego, co zaczęło mnie dusić i zabijać radość życia. Plan był prosty: odnaleźć sens w restrykcyjnych zmianach, nie gubiąc siebie. Zaczęłyśmy od trzytygodniowej diety oczyszczającej, która miała stopniowo wprowadzić mnie do czterdziestodwudniowego postu doktor Ewy Dąbrowskiej. To był mój Mount Everest. Po nim kolejne trzy tygodnie wychodzenia z postu i w końcu do dzisiaj dieta wegańsko-oczyszczająca. I tak oto ja, smakoszka mięsa, zerwałam z nim! Świat zwariował. Ale tym razem na moich zasadach. Udało się, oczyściłam swój organizm i stworzyłam nową, lepszą wersję siebie. Od początku mojej metamorfozy minął rok. W tym czasie schudłam prawie trzydzieści kilogramów i naprawdę uwierzyłam, że wszystko jest możliwe, nawet chuda Szostak, choć odchudzać się bardziej już nie zamierzam. A co w tym wszystkim najlepsze? Nie boję się efektu jo-jo ani tego, że do końca życia będę jadła sałatę i kapustę kiszoną. Bo w końcu zrobiłam coś, o co sama nigdy bym się nie podejrzewała. Zrozumiałam, o co tak naprawdę chodzi w odchudzaniu, i… się przestawiłam. Post i to, co wydarzyło się po nim, pozwoliło mi
Moje wyrobić sobie dobre nawyki. Dieta stała się moim sposobem na życie, smaczną, dobrze doprawioną alternatywą śmieciowego jedzenia. Czymś, bez czego nie wyobrażam sobie delektowania się światem.

I bardzo mnie cieszy, że moja spektakularna metamorfoza – tak, nie boję użyć się tego określenia: SPEKTAKULARNA METAMORFOZA – porwała inne kobiety do działania. Panie w różnym wieku zaczęły zalewać mnie e-mailami i listami z prośbą o zdradzenie mojego sekretu. Chciały wiedzieć, jak udało mi się schudnąć tak dużo, nie tracąc przy tym urody i poczucia humoru. Zaczepiały mnie na ulicy, mówiąc, że mój przykład bardziej motywuje je do działania niż jakiekolwiek ćwiczenia czy diety innych gwiazd fitnessu. Dlaczego ja? Bo tak jak one jestem kobietą, która od wielu lat walczyła o swój idealny wygląd, strzeliła złotego gola i wygrała mecz.

Gdy moja przyjaciółka Marta Kordyl zadzwoniła do mnie z pomysłem napisania książki, w której krok po kroku, bez żadnej ściemy, miałabym podzielić się z czytelniczkami sposobem na pozbycie się trzydziestu kilogramów, zgodziłam się bez zastanowienia. Byłam szczęśliwa, że będę mogła odkryć karty sprawdzonego przepisu na „dietę Szostak”. Od kilku miesięcy wspólnie z Martą pracujemy nad jedynym w swoim rodzaju poradnikiem dla ciebie, droga czytelniczko. W tym czasie ponownie przeszłam post, tym razem krótszy, miesięczny, i zachęciłam do niego Martę. Obie oczyściłyśmy swoje ciała i umysły, by teraz z pełną werwą i energią zaprosić cię do twojej spektakularnej metamorfozy. Skoro mnie się udało, tobie też się uda. Obiecuję! Sięgnij po moją książkę i zacznij swoją metamorfozę już dziś!

Metamorfoza 3D small