Dziewczyna kultowego „Misia”. Rozmowa z Krystyną Podleską

Byłaś już dość znana w Polsce i dlatego Stanisław Bareja zaangażował cię do Misia.

Staszek Tym opowiada, że ja się do niego zgłosiłam. Tak nie było. Pamiętam dokładnie, jak to było. W życiu bym się do niego nie zgłosiła, bo nawet nie wiedziałam, kim on jest. Kiedy byłam w Londynie, pewnego dnia zadzwonił do mnie telefon, że niejaki pan Bareja i pan Tym są w Londynie i chcą się ze mną spotkać. Umówiliśmy się w Ognisku Polskim. Nie wiedziałam, kim oni są, wiedziałam tylko, że robią jakiś film. Oni byli tam dlatego, że najpierw robili sceny londyńskie do Misia, kiedy prezes Ochucki przyjeżdża do Londynu do banku.

Czyli już zaczęli zdjęcia, a jeszcze nie mieli dziewczyny Misia?

No tak. Ja z kolei szukałam każdej okazji, żeby pojechać do Polski. Każdego pretekstu, żebym się nie czuła winna, że gdzieś znów „wyfruwam”, tylko że jadę do pracy. Tak siebie samą oszukiwałam.

Kiedy poszłaś na to spotkanie, musieli zrobić na tobie duże wrażenie. Pewnie byli bardzo zabawni…

Nie, byli dosyć poważni. Szybko się z nimi zaprzyjaźniłam. Nie wiedziałam, czy mnie wybiorą do filmu, ale jak się dowiedziałam, że mnie chcą, cieszyłam się, że będę z nimi pracować. Chociaż jeżeli mam być szczera, to jak dostałam scenariusz, chwilami nie bardzo wiedziałam, o co chodzi. Nie to, żebym w dużym stopniu nie znała codziennych realiów w komunistycznej Polsce, ale w Polsce nie mieszkałam, więc niektórych rzeczy nie rozumiałam.

A im nie przeszkadzało, że masz ten lekki angielski akcent?

No, trochę narzekali i w postsynchronach chcieli, żeby ktoś inny podłożył głos, ale ja się uparłam. Nawet sprowadzili mi jakiegoś specjalistę od fonetyki, więc się bardzo starałam, żeby dobrze mówić. „Bardzo pięknie mówiłam po polsku”. No i wtedy powiedzieli, że okej, że mogę sama mówić swoje kwestie. Pewnie, że jakiś drobny ślad akcentu został, ale myślę, że może taka dziewczyna mogłaby mówić tak naumyślnie, żeby wydać się ciekawsza. Myślę, że Staś Bareja specjalnie mnie obsadził w tej roli, bo właśnie przez mój brak świadomości Ola była bardziej głupiutka niż wyrachowana. Przecież taka dziewczyna, która myśli tylko o graniu roli u Polańskiego w Anglii i wykorzystuje do tego facetów, mogłaby być dość negatywną postacią.

Aleksandra wygląda na troszkę dziecinną, lekko zwariowaną.

Zawsze mówię, że po prostu szukali idiotki – lepiej wziąć autentyczną, niż żeby jakaś aktorka ją grała.

Ale za to uroczą idiotkę…

Ludzie często mi mówią, że mam wdzięk. W każdym razie wiele takich recenzji dostawałam. Często się nad tym zastanawiałam, co to właściwie jest? Niektórzy aktorzy po prostu to mają, a z drugiej strony myślę, czy to nie jest wdzięczenie się do publiczności. Ale wiem też, że jestem dość kontaktowa i bardzo staram się nawiązywać z każdym dobrą relację, a wtedy trochę wychodzę z siebie. Im jestem starsza, tym bardziej czuję, że to jest męczące. W każdej znajomości bardzo dużo z siebie daję, zawsze się angażuję. Takim jestem człowiekiem. Kiedy analizuję, skąd niektóre rzeczy się biorą, to widzę, że osobowość człowieka składa się z tak wielu elementów. To naprawdę jest ciekawe. Oczywiście po drodze są wybory. Właściwie na każdym skrzyżowaniu trzeba coś wybrać i iść dalej, a dlaczego się wybiera tak, a nie inaczej?

A jak było na planie?

Staszek nawet na początku zdjęć cały czas był bardzo poważny. Pamiętam, że go strasznie uwodziłam, a on był potwornie serio. W ogóle nie był zgrywusem i bardzo mi pomagał przy tej roli. Ludzie często mnie pytają, jak to wszystko wyglądało. Nie było żadnych fajerwerków, mieliśmy ogromną pracę do odwalenia, to przecież były komunistyczne czasy i trudno było wszystko zdobyć. Bardzo często produkcja nie mogła nadążyć z załatwianiem i dostarczaniem na plan rzeczy, które były nam potrzebne.

Cały film jest o tym, jak sobie radzić w takiej rzeczywistości.

Dodatkowo kręciliśmy w zimie i było bardzo mroźno.

Pamiętam, że miałaś bardzo ładny kożuszek i odważną mini do tego.

Ech, to znowu nie była taka mini, tylko lekko przed kolana. Kiedy byłam nastolatką, to dopiero nosiłam mini mini. Gdy weszła moda mini nad kolana, to się mówiło, że to jest bardzo niestosowne, potem spódnice podjechały do połowy uda i się mówiło, że to jest strasznie wulgarne. Mnie oczywiście nie było wolno nosić mini, więc centymetr po centymetrze sama sobie skracałam spódniczki, aż doszłam do tego, że mi ledwo zakrywały pupę… Ponieważ robiłam tak stopniowo, mama tego nie zauważyła. To mnie nauczyło zasady na całe życie, że jeśli chce się coś przeflancować, to nie należy tego robić gwałtownie, tylko stopniowo. A kożuszek był mój, bardzo go kochałam i nosiłam wiele, wiele lat. Kupiłam go od koleżanki okazyjnie, a ona go kupiła we Włoszech. Ponieważ była blondynką, doszła do wniosku, że nie jest jej do twarzy w tym kolorze, a mnie było w nim rewelacyjnie.

No i bardzo się przydał.

Do filmów miałam własne ciuchy, bo wtedy w Polsce takich rzeczy faktycznie nie było.

Szlafroczek też widać, że twój, takich u nas nie było.

Ja miałam wtedy bardzo dużo chińskich i hinduskich rzeczy, bo była na nie moda. Miałam tendencje hippisowskie i ubierałam się w takie ciuchy, które bardzo, bardzo lubiłam…

Ciebie pewnie zdziwiła ta typowo PRL-owska maleńka kawalerka w bloku, gdzie mieszkała Ola?

Nawet nie, jak dla młodej osoby to mogło być.

A ekipa nie patrzyła na ciebie dziwnie, że jakaś pół-Angielka gra?

Nie, nigdy nie miałam tego typu problemów. Nie pamiętam niczego nieprzyjemnego. Oprócz tego, że raz przed ujęciem przerwałam i powiedziałam, że muszę iść do ubikacji. Tam była taka staroświecka spłuczka na łańcuchu, oczywiście nie działała i nie mogłam spuścić wody. Mocowałam się dość długo i kiedy wróciłam na plan, to powiedziałam: „Przepraszam, że tak długo, ale nie mogłam się spuścić!”. Elektrykom wypadły kable z rąk i była ogólna konsternacja. Potem ktoś mi wytłumaczył.

A co cię najbardziej zaskoczyło na planie?

Wtedy tylko trochę mnie dziwiło, że duże sławy, wspaniali aktorzy grali epizody, że tak się w Polsce porobiło. A ponieważ jestem trochę snobką, to mi bardzo imponowało, że gram wśród takich tuzów. Ale w ogóle praca szła gładko. Stanisław Bareja sam był taki Misio. Spokojny, delikatny, uśmiechnięty, grzeczny. Przy tym filmie czułam się najlepiej, czułam się bezpieczna, więc to mi dodawało luzu.

A czy ktokolwiek z was spodziewał się, że ten film odniesie taki wielki sukces? Że stanie się filmem kultowym?

Ja na pewno nie. Może oni mieli nadzieję, ale nie aż taką. Po premierze, na którą nawet nie byłam zaproszona, a która się odbyła jakoś pokątnie, film został zaraz zdjęty.

Bo to było tuż przed stanem wojennym.

Tak. Kręciliśmy go w 1981 roku. I przez lata nie był puszczany. Odżył dopiero w latach 90. Na własne oczy widziałam, jak zaczął się stawać filmem kultowym. Mnie się aż wierzyć nie chciało. Ludzie zaczęli mnie rozpoznawać na ulicy. Wszędzie gdzie byłam – byłam Krysią, dziewczyną z Misia. Ale najczęściej ludzie rozpoznają mnie oczywiście w najmniej korzystnych dla mnie sytuacjach. Czasami nawet chcę powiedzieć, że się mylą, że to nie ja. Na co dzień nie chce mi się fiokować, w supermarkecie wyglądam jak czupiradło, a i tak zawsze ktoś musi mnie zauważyć. Kiedyś przyszła do mnie koleżanka Kasia Galica – wtedy, gdy właśnie wybudowaliśmy dom pod Krakowem. Wybrałyśmy się z psem na spacer. Ja włożyłam jakieś ubłocone buty, dres, starą kurtkę. Ona się zdziwiła i powiedziała, że chyba nie wyjdę tak ubrana. Ja ją obrugałam i powiedziałam, że przecież tu nikogo nie ma i nikt mnie nie pozna. Poszłyśmy na spacer na pola i gdy wracałyśmy, na małej, prawie wiejskiej uliczce blisko naszego domu, Mesutka, mój pies, weszła do cudzego ogrodu. Zaczęłam ją wołać i wtedy wychylił się z okna jakiś mężczyzna i powiedział: „No nie, Krystyna Podleska!”. Ja zdębiałam, a moja koleżanka dostała ataku śmiechu. On wybiegł z domu i jeszcze zwołał całą rodzinę, żeby mnie dokładnie obejrzeli. Byłam czerwona jak burak.

Z twojej roli rodzice byli pewnie zadowoleni.

Rodzice mnie bardzo wspierali. Chodzili na wszystkie moje filmy i występy. Chociaż kiedy mama czytała tacie list ode mnie, że z filmem wszystko idzie super, ale prawie wszystkie moje sceny są w łóżku, to tata spojrzał na mamę i zapytał: „Jak to, Urszulko, czy ona gra chorą?”.

Rozmawiała Kinga Iwanicka

Fragment książki „Dziewczyna Misia”, Krystyna Podleska w rozmowie z Klaudią Iwanicką, Ediprese Książki

MIS_promo